Chciałam jej powiedzieć, że ja też cierpię. Że każdy krok Maxime’a po schodach coś ze mnie wyrywa. Marzyłam, żeby pobiec za nim, przytulić go, powiedzieć mu, żeby wrócił do domu.
Ale wiedziałam, że jeśli to zrobię, stracę go na zawsze.
Więc odpowiedziałam po prostu:
„Może. Ale wolałabym, żebyś mnie teraz znienawidziła, niż pogrzebała człowieka, którym mógł się stać”.
Tej nocy Claire nie spała w naszym pokoju.
Siedziałem w salonie, w ciemności, z szumem deszczu uderzającego o okna i jednym pytaniem w głowie:
Czy właśnie uratowałem syna…
czy pchnąłem go ku czemuś gorszemu?
CZĘŚĆ 2
Wiadomość dotarła o 6:12 rano, akurat gdy Pierre zamknął oczy na kanapie w salonie.
„Byłem u wujka Roberta. Nie martw się, o nic więcej cię nie poproszę. Mam nadzieję, że zostaniesz sam”.
Nie napisał „tato”.
Nie „dziadku”.
Nawet nie „staruszku”.
Niczego, co by go jeszcze z nim łączyło.
Tylko to zimne zdanie, wbite niczym nóż w brzuch człowieka, który przez dwadzieścia dwa lata wstawał przed świtem, żeby jego syn niczego nie potrzebował.
Pierre położył telefon ekranem do dołu na stoliku kawowym.
W mieszkaniu unosił się zapach stęchłej kawy, zmęczenia i słów, których żałował zbyt późno. W kuchni Claire poruszała się bezszelestnie. Otworzyła szafkę, zamknęła szufladę, postawiła kubek z powolnością osoby pogrążonej w żałobie.
Może to była żałoba.
Nie po kimś, kto zmarł.