Zabrano ją do starej fabryki i spędziła tam osiem miesięcy. Kiedy Morau pokazał jej strony z notatkami, zaczęła drżeć. „Pamiętam ten rozkaz” – powiedziała, wskazując na notatkę. „Zdejmij ubranie i uklęknij”. Słyszałem to codziennie. Codziennie. Opowiadała o kadziach z lodowatą wodą, o zastrzykach, o kobietach, które wywieziono i nigdy nie wróciły.
A potem powiedziała coś, co ją pocieszyło. Najgorszy nie był ból, lecz świadomość, że nikt się nimi nie przejmie. Simon opisał, jak kobiety starały się wspierać nawzajem w celach, jak szeptały modlitwy w ciemności, jak dzieliły się skąpymi porcjami spleśniałego chleba, które dostawały raz dziennie, jak trzymały się za ręce, gdy jedną z nich zabierano, wiedząc, że może już nie wrócić.
Te drobne akty solidarności były wszystkim, co pozostało z ich człowieczeństwa w miejscu zaprojektowanym, by im je odebrać. Pamiętali też dźwięki, stukot butów na korytarzach, skrzypienie metalowych drzwi, rozkazy wykrzykiwane po niemiecku, ciszę, która po tym nastąpiła, a czasem, bardzo rzadko, krzyk, krzyk, który nagle ucichł i nic więcej.