Nie wykrzykiwał haseł, nie nosił swastyk poza mundurem, ale wierzył w skuteczność i wierzył, że nauka nie powinna być ograniczana sentymentami. Kiedy wybuchła wojna, Vulker został zwerbowany do korpusu medycznego Vertmarthe. Nie prosił o to, ale też nie odmówił.
A kiedy otrzymał propozycję dowodzenia jednostką eksperymentalną w północnej Francji, przyjął ją bez wahania. Propozycja była jasna: badanie odporności człowieka w ekstremalnych warunkach: zimna, bólu, wyniszczenia, infekcji. Wszystko to pod pretekstem lepszego przygotowania niemieckich żołnierzy do walki na froncie wschodnim.
Ale w praktyce to, co Volker robił, było torturą pod przykrywką nauki. Jego wykształcenie akademickie dało mu narzędzia, jego zimny temperament dał mu umiejętności, a wojna dała mu przyzwolenie. W nazistowskich Niemczech w latach 40. granica między badaniami medycznymi a okrucieństwem zatarła się. Szanowani lekarze uczestniczyli w programach eutanazji.
Genialni naukowcy projektowali eksperymenty na ludziach bez ich zgody. I nikt tego nie kwestionował, ponieważ wszystko działo się w imię czegoś większego. Zwycięstwa, nauki, postępu. Fulker idealnie pasował do tego systemu. Nie był potworem z natury. Był człowiekiem, który nauczył się wyłączać empatię w imię efektywności.