Niektórzy w końcu mogli przypisać imię do numeru. Inni w końcu mogli opłakiwać kogoś, kogo stracili, nie wiedząc nawet jak. Ale jedno pytanie pozostało bez odpowiedzi. Co stało się z Vulkerem? Zniknął po ewakuacji jednostki w 1944 roku. Nie ma żadnych zapisów o jego aresztowaniu, procesie ani śmierci. Niektórzy spekulują, że uciekł do Ameryki Południowej, podobnie jak inni nazistowscy zbrodniarze.
Inni uważają, że przyjął nową tożsamość i żył spokojnie w Niemczech Zachodnich aż do śmierci ze starości. Prawdy jednak nie zna nikt, a ta bezkarność bywa równie przerażająca, co same zbrodnie. Morau spędził lata na poszukiwaniu śladów Vulkera. Przejrzał listy z procesów norymberskich.
Przeszukał archiwa agentów Mossadesa, którzy ścigali zbiegłych nazistów. Przesłuchał śledczych w Argentynie, Brazylii i Paragwaju. Ale nic nie znalazł. Vulker rozpłynął się w powietrzu. Nigdy nie istniał, a gdzieś, być może, dożył sędziwego wieku, spokojny i beztroski, nigdy nie skonfrontowany z tym, co zrobił, nigdy nie zapłacił za to ceny, nigdy nie odpowiedział.
Ale historia na tym się nie kończy, ponieważ dekady później jedna z ocalałych zrobiła coś, co zmieniło wszystko. Postanowiła wrócić. Wiosna 2003 roku. Simone Le Fèvre miała roczek. Przez sześćdziesiąt lat próbowała zapomnieć o tym miejscu, ale nie potrafiła. Obrazy powracały w jej snach. Głosy rozbrzmiewały echem, gdy była sama.
Im więcej czasu mijało, tym bardziej czuła, że musi wrócić. Nie po zemstę, nie po to, by skonfrontować się z duchami, ale by zamknąć cykl, który tak naprawdę nigdy się nie zakończył. Latami odsuwała od siebie tę myśl. Powtarzała sobie, że to bez sensu, że to niczego nie zmieni, że umarli nie żyją, a rozdrapywanie przeszłości tylko otworzy stare rany.