Trzymano ich w wilgotnych celach w piwnicy starej fabryki, bez okien, bez naturalnego światła, z jedynie słabą żarówką zwisającą z sufitu i kołyszącą się, gdy po drodze przejeżdżały wojskowe ciężarówki. Zimno było tak silne, że niektórzy budzili się z popękanymi ustami od nocnych dreszczy. Nie było materaca, tylko stara słoma i podarte koce, które cuchnęły stęchlizną.
Rutyna zawsze była taka sama. O szóstej rano żołnierze walili w żelazne bramy kolbami karabinów. Ofstein, wstań. Kobiety prowadzono boso na drutach przez lodowate korytarze do dużego pomieszczenia, które kiedyś musiało być fabrycznym magazynem tkanin. Tam, w białym świetle improwizowanych lamp chirurgicznych, stał dr Felker.
Obok niego stało trzech asystentów, niemieckich pielęgniarzy siłą zwerbowanych, którzy wykonywali polecenia, nie podnosząc wzroku. A w kącie pokoju, wciąż stojąc z rękami założonymi za plecami, oficer SS obserwował wszystko w milczeniu. Nie odzywał się ani słowem. Po prostu robił notatki, a to było jeszcze bardziej przerażające. Zdejmij ubranie i uklęknij.
Rozkaz powtórzył jeden z żołnierzy. Łamaną, ale zrozumiałą francuszczyzną. Niektóre kobiety posłuchały natychmiast, już zrezygnowane. Inne wahały się, rozglądając się dookoła w poszukiwaniu czegoś, wyjścia, świadka, cudu. Ale nic tam nie było, tylko chłód, cisza i obojętne spojrzenie lekarza.