Felker nie krzyczał, nie groził, po prostu czekał. A gdy wszystko leżało na kolanach, nagie i bezbronne, rozpoczął swoją pracę. Wstrzykiwanie nieznanych substancji, testowanie odporności na zimno, zanurzanie kobiet w kadziach z lodowatą wodą na minuty, a czasem godziny, podczas gdy on mierzył czas i notował. Drobne nacięcia wykonywane bez znieczulenia, by obserwować gojenie, amputacje palców, uszu pod pretekstem badań naukowych.
Ale najgorsze nie były eksperymenty, lecz cisza. Kobiety nie krzyczały, nie dlatego, że nie czuły bólu, ale dlatego, że nauczyły się, że krzyk jest bezużyteczny. Krzyk tylko przyciągał więcej uwagi, więcej żołnierzy, więcej porządku. Przygryzały więc wargi do krwi, zaciskały pięści, aż paznokcie wbijały się w skórę i znosiły to.
Znosili to, bo nie mieli innego wyjścia. A kiedy w końcu wracała do cel, chwiejąc się, krwawiąc, drżąc, zwijała się w kłębek w ciemnych kątach i czekała na następny ranek. Niektóre nigdy nie wracały. Ciała wyjmowano nocą, zawsze nocą, owijano w wojskowe brezenty i transportowano przez szeregowych żołnierzy, którzy bez sprzeciwu wykonywali rozkazy.
Nikt nie wiedział, dokąd jadą. Ale w lutym rolnik mieszkający w pobliżu starej fabryki zaczął wyczuwać dziwny zapach wydobywający się z opuszczonej piwnicy na tyłach posesji. Nie zbadał sprawy. W tamtych czasach badanie mogło oznaczać śmierć. Po prostu zamknął okna domu i starał się zapomnieć.
Volker kontynuował swoją pracę przez ponad rok. Od czasu do czasu odwiedzali go starsi oficerowie, którzy z klinicznym zainteresowaniem przeglądali jego notatki, zadawali kilka pytań technicznych i odchodzili. Nikt nie kwestionował etyki, nikt nie mówił o człowieczeństwie. Wojna przekształciła moralność w coś podatnego na zmiany, elastycznego i praktycznego.