Morau wszystko uchwycił. Filmował małą kamerą, którą przyniósł ze sobą. Wiedział, że ten moment jest historyczny, nie tylko dla Simona, ale dla wszystkich kobiet, których imiona były wymawiane. To był akt wskrzeszenia, akt oporu przeciwko zapomnieniu i wiedział, że musi go zachować.
Po przeczytaniu wszystkich nazwisk Simon wyjął z torby małą kopertę. W środku znajdował się kosmyk włosów. Jej własne włosy zostały obcięte w 1943 roku, kiedy przybyła do jednostki. Trzymała je przez sześć lat. Nie wiedziała dlaczego. Może jako dowód, może jako łącznik z młodą kobietą, którą była. Może po prostu dlatego, że nie mogła się z nimi rozstać.
Ale teraz wiedziała, co musi zrobić. Zakopała kosmyk włosów w małej szczelinie w asfalcie. „Wreszcie jesteś wolna” – mruknęła. „Ja też”. Morau wykorzystała ten materiał, by wywrzeć presję na francuskie władze, by wzniosły pomnik. Wymagało to biurokracji, dyskusji, budżetu i oporu ze strony tych, którzy nie chcieli rozdrapywać przeszłości.
Ale Morau się nie poddała. Pisała artykuły, wygłaszała wykłady, rozmawiała z politykami, mobilizowała stowarzyszenia ocalałych. W końcu, w 2008 roku, na miejscu zbrodni odsłonięto małą tablicę z brązu. Powiedziała: „Tutaj, w latach 1943–1944, dziesiątki Francuzek zostało torturowanych i zamordowanych pod dowództwem nazistowskich sił okupacyjnych.
Niech ich imię, nawet zapomniane, nigdy nie zostanie wymazane”. Uroczystość odsłonięcia pomnika była niezwykle wzruszającym momentem. Obecne były dziesiątki osób. Rodziny ofiar, historycy, studenci, dziennikarze i Simone. Siedziała w pierwszym rzędzie, wyprostowana pomimo wieku, z oczami utkwionymi w tablicy.