Kiedy dotarła na miejsce, uklękła i zaczęła płakać. To nie był niedawny ból, to był stary ból, skrywany, uciskany przez dziesięciolecia. I teraz wreszcie mogła go wyrzucić z siebie. Jej dłonie drżały, ciało uginało się pod ciężarem wspomnień. Dotknęła asfaltu, jakby przez warstwy betonu i czasu wyczuwała ziemię, gdzie pochowano tak wiele kobiet.
Zamknęła oczy i zobaczyła je. Elise, Marguerite, Anne, Claire, Isabelle, Jeanne, zamazane twarze, stłumione głosy, duchy, które nigdy jej nie opuściły. „Nie zasłużyły na to” – powiedziała między szlochami. Nikt z nas na to nie zasłużył, ale oni zasłużyli tym bardziej, bo przynajmniej ja przeżyłam. Nie, ona nie. Pozostała tam przez prawie godzinę w milczeniu, po prostu oddychając, jakby się żegnała.
A potem zrobiła coś nieoczekiwanego. Wyjęła z torby małą listę imion. Imiona, które zapamiętała przez lata, kobiet, które znała w tym miejscu. Kobiet, które nigdy nie wróciły, i zaczęła czytać je na głos jedno po drugim: Elise, Marguerite, Anne, Claire, Isabelle, Jeanne. Były to imiona bez nazwisk, bez dat, bez twarzy, ale pamiętała je i teraz w końcu zostały wypowiedziane na głos, w tym samym miejscu, gdzie zostały uciszone.