Prawda była trudniejsza.
„Miała dobre chwile” – powiedziałeś.
Mati wdrapała się na sofę.
„Czy ona nas kochała?”
Spojrzałeś na obu chłopców.
„Tak” – powiedziałeś powoli. „Ale czasami ludzie kochają źle. A kiedy miłość rani ludzi, dorośli muszą ją powstrzymać”.
Santi spojrzał na zdjęcie.
„Czy musimy jej nienawidzić?”
„Nie”.
„Czy Nana jej nienawidzi?”
Z kuchni, zanim zdążyłeś, odezwała się Rosalía.
„Nie, mój niño. Nienawiść przyprawia o ból serca”.
Santi się nad tym zastanowił.
„W takim razie jestem po prostu wściekły”.
Rosalía uśmiechnęła się smutno.
„To dozwolone”.
Spojrzałeś jej w oczy przez pokój.
Ta kobieta, która miała wszelkie powody, by być zgorzkniałą, pomagała twoim dzieciom znosić ból, nie stając się okrutna.
Do końca życia będziesz za to wdzięczny.
Dwa lata później rezydencja nie przypominała już muzeum Pauliny.
Czuła się jak w domu.
Przy drzwiach stały buty piłkarskie. Rysunki przyklejone do lodówki. Obtłuczony kubek, którego nie chciałaś wyrzucić, bo Mati namalował go w szkole. Pies o imieniu Capitán, który spał na dywanach droższych niż większość mebli i gubił sierść niczym z zemsty.
Rosalía nadal przychodziła każdego ranka, ale nie przed wschodem słońca.
Nigdy przed wschodem słońca.