Miała wolne niedziele, płatne wakacje i oprawione zdjęcie z ósmych urodzin bliźniaków w korytarzu. Na zdjęciu Santi i Mati stali po obu jej stronach, całując się w policzek, podczas gdy ona śmiała się z zamkniętymi oczami.
Goście czasami pytali, czy jest z rodziny.
Chłopcy zawsze odpowiadali pierwsi.
„Tak”.
Bez wyjaśnienia.
Po prostu tak.
Paulina w końcu zasłużyła na dłuższe wizyty.
Nie dlatego, że automatycznie na nie zasługiwała.
Bo chłopcy chcieli spróbować.
Poszła na terapię. Przepraszała nie raz. Czasem szczerze. Czasem w defensywie. Uzdrowienie nie było prostą drogą i nie wymagałeś już, żeby wszystko wyglądało pięknie.
Ale nigdy więcej nie weszła do domu bez pozwolenia.
Nigdy więcej nie wypowiedziała imienia Rosalíi z pogardą.
Nigdy więcej nie nazwała robotników „tymi ludźmi” w obecności twoich synów.
Kiedy Mati pierwszy raz kogoś za to upomniała, o mało się nie rozpłakałaś.
Gość na szkolnej zbiórce funduszy narzekał, że „pokojówki zawsze przesadzają”.
Mati, ośmioletnia, trzymająca kartonik soku, podniosła wzrok i powiedziała: „Ludzie, którzy pomagają rodzinom, to też ludzie”.
Kobieta zaśmiała się niezręcznie.