W metrze tego wieczoru byłam wściekła.
Na nią.
Na siebie.
Na swoje tchórzostwo.
Wyobrażałam sobie wszystkie rzeczy, które powinnam była powiedzieć.
„Nie pracuję za darmo”.
„Obiecałaś mi trzydzieści euro”.
„Nie mogę tak dłużej.”
Ale w następny czwartek wróciłam.
Bo nadzieja, nawet ta upokarzająca, czasami pozostaje silniejsza od logiki.
I bo mimo wszystko coś w tym domu mnie wzywało.
Zmiana następowała powoli.
Na początku tylko sprzątałam.
A potem pewnego dnia zobaczyłam ją, jak próbuje zanieść torbę z zakupami od drzwi do kuchni.
Ręce trzęsły jej się tak bardzo, że jabłka praktycznie turlały się po podłodze.
Zabrałam jej torbę.
„Dam radę.”
„Nie pytałam.”
„Wiem.”