Pozwoliła mi.
W następnym tygodniu zauważyłam, że na jej liście zakupów prawie nic nie było.
Tani chleb krojony.
Karton zupy.
Ziemniaki.
Suche herbatniki.
Wychodząc, poszłam więc na targ.
Kupiłem marchewki, pory i kawałek kurczaka.
Nie powinienem był.
Te pieniądze były przeznaczone na moje własne posiłki.
Ale wróciłem.
Siedziała przy oknie.
„Zapomniałeś o czymś?” zapytała.
„Nie. Idę ugotować zupę”.
Patrzyła na mnie, jakbym ją właśnie obraził.
„Nie zatrudniłem cię jako kucharza”.
„Dobrze. Gotuję źle za darmo”.
Cisza.
Potem odwróciła głowę w stronę okna.
„Dodaj trochę tymianku. Bez tymianku zupa nie ma klasy”.
Tak zacząłem gotować u niej w domu.
Proste rzeczy.
Zupa z soczewicy.
Jajecznica z cebulą.
Domowe puree ziemniaczane.
Zapiekanka z cukinii.
Kurczak z marchewką.
Jadła powoli, z niemal uroczystym skupieniem.
Kiedy pierwszy raz skończyła miskę, zamknęła oczy i wyszeptała:
„Twoja matka dobrze cię wychowała”.
To była pierwsza prawdziwa przyjemność, jaką mi dała.
Po tym granice zniknęły.
Nadal zajmowałem się domem, ale chodziłem też do apteki.
Poszedłem z nią do szpitala, kiedy jej ciśnienie za bardzo podskoczyło.
Wypełniłem część papierów, bo powiedziała, że francuskie formularze zostały wymyślone, żeby ukarać żyjących.
Pewnego styczniowego dnia zadzwoniła do mnie z nieznanego numeru.
Jej głos był słaby.
„Adrien… Jestem niedaleko piekarni”. Usiadłem. Nie mogę iść do domu.
Bez namysłu wyszedłem z biblioteki uniwersyteckiej.
Znalazłem ją na zimnej ławce, z bladą twarzą i laską opartą o kolano.
Zadzwoniłem po taksówkę.
Przez całą drogę mnie ganiła.
„To za drogie”.