A więc tym się stałem w ich historii.
Philippe przyjechał następnego dnia z Paryża.
Ciemny garnitur.
Idealnie przystrzyżone siwe włosy.
Telefon przyklejony do dłoni.
Podziękował lekarzom głębokim głosem mężczyzn, którzy potrafią sprawiać wrażenie, że panują nad sprawami, które wykraczają poza ich pojmowanie.
Potem usłyszałem go na korytarzu, jak mówi o „decyzjach do podjęcia”, „nieruchomościach”, „bezpieczeństwie” i „rozsądnym harmonogramie”.
Dom przestał być domem.
W ich ustach stał się aktem.
Claire i Philippe zostali dwa dni.
Zadawali mnóstwo pytań.
O papierkową robotę.
O rachunki.
O dom.
O leki.
O jasność umysłu matki.
Rozmawiali o domach opieki.
O sprzedaży.
O ciężarze wydatków.
O niebezpieczeństwie samotności.
Ale prawie nigdy nie pytali, co jadła.
Albo kto jej towarzyszył na ostrym dyżurze.