Silne włosy związane w kok, za duża wełniana sukienka, dłonie zdeformowane przez artretyzm, ściskająca laskę, jakby była ostatnią rzeczą łączącą ją ze światem.
Jej dom pachniał starym drewnem, lekarstwami i zimnym kurzem.
W salonie stało stare radio, pożółkłe fotografie, rozstrojone pianino i ciężkie zasłony, które ledwo przepuszczały światło.
Opowiedziała, że cierpi na ciężkie zapalenie stawów i nadciśnienie.
Spacer do piekarni na rogu stał się prawdziwą męką.
Mycie podłogi, zmiana pościeli, noszenie zakupów… prawie niemożliwe.
Praca wydawała się prosta.
Zamiatanie.
Zmywanie naczyń.
Wycieranie kurzu z mebli.
Sprzątanie kuchni.
Obiecała mi trzydzieści euro za wizytę.
Dla niektórych trzydzieści euro to nic.
Dla mnie to był ciepły posiłek, tygodniowa podróż, czasem różnica między utrzymaniem się na powierzchni a załamaniem.
Więc się zgodziłem.
Ale po kilku wizytach zacząłem zauważać rzeczy, których nie mogłem już ignorować.
Jej lodówka była prawie pusta.
Dwa jogurty naturalne.
Kawałek stwardniałego sera.
Trzy jajka.
Czasami tylko niedojedzona miska zupy ze sklepu.
Pewnego dnia zapytałem ją, dlaczego tak żyje.
Uśmiechnęła się blado.