W czerwcu, kiedy tam byłam, przyszedł list.
Biała koperta, zadrukowana, zimna.
Pani Vasseur powoli ją otworzyła.
Jej wzrok przeskanował stronę.
Potem położyła ją na stole.
— Przeczytaj.
To był list z firmy zarządzającej majątkiem.
Wspominał o „wzroście wartości nieruchomości”, „planowaniu spadkowym”, „odpowiednim rozwiązaniu w specjalistycznej placówce” i „obniżonych kosztach opieki domowej”.
„Co to znaczy?” zapytałam.
Spokojnie odpowiedziała:
„To znaczy, że mój syn powierzył swoje sumienie innym”.
List sugerował, że
Sprzedała dom, przeniosła się do prywatnego ośrodka opieki i powierzyła zarządzanie dochodami doradcy.
Wszystko było uprzejme.
Prawie życzliwe.
Ale każde zdanie zdawało się mówić:
„Pani życie zajmuje za dużo miejsca, proszę pani. Czas zwolnić trochę miejsca”.
„Chce pani odejść?” zapytałem.
Mlasnęła językiem.
„Chcę umrzeć w fotelu, z moją brzydką tapetą i rozstrojonym pianinem. Czy to za wiele, jak na cywilizowaną Republikę?”
Zaśmiałem się.
Ona też.
Przez chwilę jej twarz znów ożyła, niemal młodzieńcza.
Ale po tym liście zrozumiałem coś jeszcze.