Przeczytano ponownie dokumenty.
Podpisano dokumenty.
Lekarz potwierdził jej zdolności umysłowe.
Sporządzono zeznania.
Nie wiedziałem dokładnie, co właśnie zrobiła.
Ale wiedziałem, że to ma znaczenie.
Tego samego wieczoru Claire zapędziła mnie w kozi róg przy automatach.
„Od jak dawna jest pan związany z moją matką?”
Słowo „związany” mnie zaniepokoiło.
„Pomagam jej od kilku miesięcy”.
„W pracach domowych?”
„W tym, czego potrzebuje”.
Skrzyżowała ramiona.
„Moja matka jest wrażliwa. Łatwo się przywiązuje”.
Poczułem, jak przechodzi mnie dreszcz.
„Niełatwo nią manipulować”.
Jej spojrzenie stwardniało.
„Uważaj. Starsi ludzie mogą źle interpretować życzliwość”. A niektórzy młodzi mogą zacząć oczekiwać pewnych rzeczy.
Wtedy zrozumiałem.
Nie postrzegała mnie jako kogoś, kto zaniósł jej matkę do szpitala.
Widziała we mnie zagrożenie.
Możliwego pasożyta.
Rękę wyciągającą się w stronę tego, co i tak uważała za swoje.
Spojrzałem na nią.
Potem powiedziałem:
„Niektórzy ludzie pojawiają się tylko wtedy, gdy czują, że mają jeszcze coś do przekazania”.
Nie odpowiedziała.
I wyszedłem, zanim zdążyła znaleźć bardziej uprzejmy sposób, żeby mnie umniejszyć.
Pani Vasseur wróciła do domu wbrew woli dzieci.
Claire i Philippe wyszli ponownie następnego dnia.
Obiecali być „bardziej obecni”.
To zdanie unosiło się w kuchni po ich wyjściu, niczym przytłaczający zapach perfum.
W październiku jej stan się pogorszył.
Dłużej spała.