Wiosną Madame Vasseur zaczęła mówić więcej.
Żadnych wielkich wyznań.
Tylko strzępki życia, które przemykały się między gestami.
Powiedziała mi, że uczyła gry na pianinie dzieci z sąsiedztwa.
Że jej mąż, Henri, zmarł na zawał serca w tej właśnie kuchni, pewnego czerwcowego poranka, kiedy poszedł nalać sobie kolejną filiżankę kawy.
Powiedziała to bez płaczu.
Jakby ból, po latach, przestał płynąć.
Stał się ścianami nośnymi.
Zapytałem ją kiedyś, czy jej dzieci mieszkają daleko.
Zaśmiała się sucho.
„Daleko to czasami bardzo wygodna wymówka geograficzna”.
Miała córkę, Claire, mieszkającą w Aix-en-Provence, zamężną za mężczyzną, który mówił o inwestowaniu tak, jak inni mówią o pogodzie.
I syna, Philippe’a, w Paryżu, dyrektora w dużej firmie, zbyt zajętego, by przyjść, ale nigdy na tyle zajętego, by zapytać, czy dom „nadal da się ogarnąć”.
Nigdy nie powiedziała, że są złymi ludźmi.
Powiedziała:
„Mają własne życie”.
Ale to zdanie było tak uprzejme, że aż słychać było ból.
Pewnego czwartku, zmieniając jej pościel, bo palce ją bolały, zobaczyłem stare metalowe pudełko z tyłu szafy.
Zielone, wgniecione pudełko, zamknięte na klucz.
Mój wzrok zatrzymał się na niej na sekundę.