Wyszedłem z bistro, wziąłem rower i pojechałem przez miasto, jakby każde czerwone światło było obelgą.
Kiedy dotarłem na miejsce, leżała w łóżku, blada, spocona, z ręką na piersi.
Zadzwoniłem na pogotowie.
Spojrzała na mnie gniewnie.
„Zdrajczyni”.
„Żywy, możesz mnie obrażać bardziej”.
Przebywała w szpitalu przez tydzień.
Niewydolność serca.
Niewydolność nerek.
Niestabilne ciśnienie krwi.
Lekarze mówili cicho.
Za cicho.
Ten ton, którego ludzie używają, kiedy nie chcą kłamać, ale wiedzą, że prawda i tak cię złamie.
Odwiedzałem ją codziennie.
Claire przyjechała trzeciego dnia.
Miała na sobie nieskazitelny beżowy płaszcz, designerską torebkę i emanowała elegancką troską.
Uścisnęła mi dłoń, nie dotykając mnie.
— Jesteś…?
— Adrien. Pomagam twojej matce.
— A, racja. Służący.
Służący.