I już zrozumiałem, że nie była kobietą, której można by łatwo współczuć.
Dom był stary, wąski i ciemny.
Deski podłogowe skrzypiały pod moimi stopami.
W salonie, pod ścianą, stało uśpione pianino, pokryte drobnym kurzem.
Na kominku wisiało zdjęcie młodego mężczyzny w mundurze marynarki wojennej, uśmiechającego się obok pięknej, wyprostowanej, staromodnej Madeleine, o wyglądzie kobiety, która nikogo nie pyta o pozwolenie.
Pokazała mi kuchnię.
Korytarz.
Łazienkę.
„Nie ruszaj góry” – powiedziała.
Po chwili:
„Jeszcze nie”.
„Nie zadawałam żadnych pytań”.
„Kiedy bierzesz pracę, bo jesteś głodny, uczysz się nie kwestionować cudzych dziwactw”.
Sprzątałam prawie trzy godziny.
„Zamiatałam”.
„Umyłam zlew”.
„Wyszorowałam wannę”.
„Otarłam kurz z ram obrazów”.
Pani Vasseur obserwowała mnie znad kuchennego stołu, trzymając w dłoniach filiżankę herbaty i od czasu do czasu rzucając jakąś szorstką uwagę.
„Nie tak, z tą ściereczką”.
„Biały ocet jest pod zlewem”.
„Jesteś powolny, ale przynajmniej nie udajesz”.
W końcu odłożyłem środki czyszczące, umyłem ręce i powiedziałem: