Nie była sama.
Była w stanie oblężenia.
Nadeszło lato.
W wąskich uliczkach Starego Lyonu zrobiło się gorąco.
W domu panował chłód niczym w piwnicy, ale powietrze wokół wydawało się cięższe.
Pewnego sierpniowego wieczoru, po zrobieniu ratatouille, bo warzywa były tańsze na końcu targu, pokazała mi pianino.
„Otwórz ławkę”.
W środku leżały pożółkłe nuty, zepsuty metronom i koperta z moim imieniem.
Ścisnął mi się żołądek.
„Co to jest?”
„Nie teraz”.
„To po co mi to pokazujesz?”
Długo na mnie patrzyła.
„Więc wiesz, że nie jestem niedbała z zakończeniami”.
To zdanie prześladowało mnie przez cały tydzień.
Kilka dni później przyłapałam ją na próbie niesienia kosza na pranie.
Złapałam go, zanim spadł.
Ścisnęła mnie za nadgarstek.
Miała cienkie palce, ale nacisk był zdecydowany.
„Nigdy nie pozwól, żeby ktoś wmówił ci, że jesteś mała”.
Zmarszczyłam brwi.
„Kto?”
„Ktoś, kto mógłby skorzystać z twojej małości”.
Potem mnie puściła.
Jakby właśnie skomentowała pogodę.
We wrześniu zacząłem zadawać bardziej bezpośrednie pytania.