Margaret przyprowadziła Elizę do pokoju Thomasa w chłodne listopadowe popołudnie. Pembroke czekał na zewnątrz, gotowy do wejścia po czasie, który Margaret uznała za wystarczający. Wyjaśniła im, czego się od nich oczekuje, a jej głos nie wyrażał więcej emocji niż gdyby instruowała służbę w kwestii sprzątania. Potem zostawiła ich samych, zamykając drzwi od zewnątrz.
Przez długi czas nikt się nie poruszył ani nie odezwał. Stali po przeciwnych stronach małego pokoju, dwoje przerażonych młodych ludzi uwięzionych w koszmarze. Żadne z nich nie miało siły, by uciec. W końcu Eliza przerwała ciszę. „Znam cię” – powiedziała cicho. „Widziałam cię czasem z okna. Tego białego chłopaka, którego trzyma w zamknięciu. Jestem tu tak długo jak ja, może nawet dłużej”. Thomas skinął głową. Cztery lata.
Do czego ona cię zmusza? Do studiowania, czytania jej książek, uczenia się. Bezradnie wskazał na diagramy anatomiczne na ścianie. Ta Eliza podeszła do okna. Moje dziecko było dziewczynką. Śliczną maleńką. Pani Dunore zabrała ją tej samej nocy. Powiedziała mi, że dziecko umarło, ale słyszałem jej płacz jeszcze przez kilka dni w innej części budynku.
Potem już nic nie słyszałam. Jej głos był płaski, wyprany z emocji, przepełniony żalem zbyt wielkim, by go w pełni wyrazić. Myślisz, że to dziecko naprawdę umarło? Thomas nie odpowiedział, bo nie wiedział, jaka prawda byłaby bardziej łaskawa. Zamiast tego powiedział: „Przykro mi”. Eliza odwróciła się do niego, a w jej oczach malował się głęboki smutek. „Ty i ja, nie mamy wyboru. Ona nami rządzi”.
Może zmusić nas do zrobienia wszystkiego, co zechce. Więc chyba zrobimy, co każe, i może przeżyjemy. To wszystko. To, co wydarzyło się później w tym zamkniętym pokoju, nie będzie opisywane szczegółowo, bo niektórych horrorów nie trzeba opisywać wprost, żeby je zrozumieć. Wystarczy powiedzieć, że dwoje młodych ludzi pozbawionych jakiejkolwiek sprawczości próbowało zachować resztki godności w skrajnie poniżającej sytuacji.