Miała palce powyginane przez artretyzm i oczy wystarczająco bystre, by dostrzec jeden krzywy koralik na tysiąc.
Pewnego wieczoru spojrzała na twoje projekty i powiedziała: „Twoje ręce są złe”.
Wpatrywałaś się w nią.
„Moje ręce?”
„Te płomienie”. Stuknęła w twój szkic. „To nie ozdoba. To zemsta”.
O mało co nie rozpłakałaś się.
Pani Bhatia się uśmiechnęła.
„Dobrze. Ale zemsta niech będzie elegancka, bo inaczej ludzie nazwą ją goryczą”.
Stała się twoją pierwszą nauczycielką.
Potem twoim pierwszym inwestorem.
Nie pieniędzmi.
Wiarą.
Przedstawiła cię handlarzom tkanin, wyplataczom koralików, krawcowym, wdowom znającym się na tradycyjnym hafcie, imigrantkom z magią w rękach i bez platformy, by ją sprzedać.
Budowałaś powoli.
Jedna bluzka ślubna.
Potem jeden welon szyty na miarę.