Nie było w tym goryczy.
Tylko fakt.
„Pracuję teraz w mniejszej firmie w New Jersey. Konkretna praca. Mniejsza wydajność”.
„To może ci wyjść na dobre”.
Skinął głową.
„Chciałem coś powiedzieć. Nie żeby coś dostać”.
Czekałeś.
Spojrzał na suknię.
„Ta noc mnie zniszczyła”.
Powiedziałeś: „Nie. To cię ujawniło”.
Przyswoił to sobie.
Potem skinął głową.
„Tak. To ujawniło”.
Po raz pierwszy nie sprzeciwił się.
Kontynuował: „Kiedyś myślałem, że władza oznacza wchodzenie do pomieszczeń, w których ludzie się kłaniają. Teraz myślę, że władza może oznaczać wychodzenie z pomieszczenia bez potrzeby posiadania kogoś pod sobą”.
Pani Bhatia by to pochwaliła.
Może.
Po skrytykowaniu konstrukcji zdania.
„Mam nadzieję, że masz to na myśli” – powiedziałeś.
„Ja też.”
Spojrzał na ciebie.
„Przepraszam za to, jakim człowiekiem byłem dla ciebie.”
Tym razem przeprosiny nie sięgały drzwi.
Po prostu tam stały.
Przyjąłeś je takim, jakie były.
Spóźniony kwiat postawiony przed domem, który już nie czekał.
„Dziękuję” – powiedziałeś.
Jego oczy zabłysły.
Potem…
Odwrócił się.
Przed wyjściem odwrócił się raz.
„Meera?”
„Tak?”
„Nigdy nie byłaś zwyczajna”.